piątek, 10 lutego 2012

Byłam u lekarza i okazało się, że to dość mocne przeziębienie, ale muszę uważać, bo szybko może się ono zamienić w zapalenie oskrzeli. Do końca tygodnia mam zakaz wychodzenia z domu. DAMN! Czyli moje plany na ten tydzień runęły. Miałam iść na spotkanie z moim znajomym (powiedzmy, że tak go możemy nazwać), który jest muzykiem. Miał mi pomóc i wytłumaczyć jak mam się przygotować do startowania do szkoły muzycznej. Niestety musiałam spotkanie przenieść na inny termin. Nie wiem czy mogę się Wam tutaj rozpisać o co chodzi z tą szkołą, bo boję się zapeszyć. Ale może opowiem Wam jak zaczęła się moja przygoda z muzyką.

Jak wiecie (lub nie) moim głównym gatunkiem (nie wiem jak to ująć) jest jazz. Jednak to nie było takie jasne od początku. Jako "dziecko ulicy" wychowałam się na rapie. W pewnym momencie poczułam, że to nie jest to. Zaczęłam szukać. We wszystkim mi czegoś brakowało. Hip-hop, rap, pop, metal, rock, reggae itd. - nic nie dawało mi satysfakcji, ukojenia. Jednak nigdy nie zaglądnęłam do bluesa, jazzu. Myślałam: "łee, w tym nie ma nic fajnego, brak jakiegoś porządku". Do czasu... Gdy zaczęłam wgłębiać się w tajniki tego gatunku, to zrozumiałam, że bardzo, ale to bardzo się myliłam. Właśnie w jazzie znalazłam ten spokój, którego mi brakowało. Właśnie ten brak ładu mnie zafascynował. Jesteś wolny jak ptak. Wszystko należy do Ciebie, grasz, tworzysz to co czujesz. Nie ma jakiś ścisłych reguł. Tego nie da się nigdzie wyczytać, to trzeba poczuć na własnej skórze, we własnym umyśle, we własnym sercu. Improwizacja - coś pięknego, co sprawia, że jedna piosenka za każdym razem może brzmieć inaczej, sprawia, że utwór nigdy się nie znudzi. Zawsze można dodać coś nowego. Zasady jazzu są tak obszerne i różnorodne, że nikt nawet nie ma zamiaru się ich uczyć na pamięć. Wystarczy poznać kilka ogólnych "trików", aby wszystko było jasne. Ja niestety dość późno zainteresowałam się tym wszystkim. Było to mniej więcej rok temu. Mój przyjaciel pokazał mi kilka standardów jazzowych, wytłumaczył mi to i owo i poczułam to. Już w maju zgłosiłam się na warsztaty jazzowe (nie będę już mówiła gdzie), podczas trwania jednych, zgłosiłam się już na drugie, pod koniec wakacji. W ciągu 2 miesięcy miałam ponad 2 tygodniowy intensywny kontakt z jazzem. Było to coś niezwykłego, w tym roku też idę. Już powiedziałam rodzicom, że jeżeli nie dadzą mi kasy, to sama ją w jakiś sposób zdobędę. Z każdym dniem coraz bardziej jestem zakochana w jazzie. Codziennie odkrywam coś nowego. Nie zmienia to faktu, iż nie słucham innej muzyki. Oczywiście, że czasami robię sobie przerwę. Słucham wielorakich repertuarów, ale właśnie jazz jest moją inspiracją i natchnieniem.

Czasami wydaje nam się, że coś jest dla nas nieodpowiednie. Trzeba dać szansę, trzeba spróbować, bo może się mylimy. Może właśnie, to co z góry przekreślamy jest naszą "szukaną rzeczą", może właśnie tam jest przepis na nasze szczęście. Warto zahaczać nawet o najbardziej na pozór dziwne, zwyczajne i nudne rzeczy, bo właśnie w nich kryje się to czego szukamy. Ja zaryzykowałam. Szukałam jakiegoś wewnętrznego zaspokojenia i oto znalazłam tam, gdzie nigdy bym, ze zdrowym rozsądkiem nie zaglądnęła. Widocznie, ktoś z góry mnie poprowadził na tą drogę. "Szukajcie, a znajdziecie; proście, a będzie Wam dane".

wtorek, 7 lutego 2012

I'm dying.

Wczoraj obudziłam się z strasznym bólem głowy. Zlekceważyłam to, wzięłam tabletkę i poszłam do szkoły. Miałam ważny dzień jakiś konkurs polonistyczny, sprawdzian, kartkówkę i nie chciałam sobie narobić zaległości. Wszyscy dookoła się mnie pytali, czy wszystko ze mną ok, bo jestem blada jak ściana. Po jakimś czasie czułam się coraz gorzej. Wróciłam do domu i od razu położyłam się na łóżko, było mi strasznie zimno. Mama zrobiła mi gorącą herbatę i kazała mi coś zjeść, bo zobaczyła, że moje śniadanie leży w torbie nietknięte. Nie miałam apetytu, więc nawet na to nie spojrzałam, tylko poszłam spać. Obudziłam się ok. godz 17, weszłam do salonu, gdzie siedzieli moi rodzice i od razu rozpoznali po moich oczach, że mam gorączkę. Ich nieomylność mnie czasami przeraża, po zmierzeniu temperatury okazało się, że mam ponad 38 stopni. Znów wypiłam herbatę z cytryną, zjadłam coś na siłę, wzięłam jakieś leki i poszłam spać, dzisiaj oczywiście do szkoły nie poszłam. W nocy co chwilę się budziłam, sachara w gębie kompletna, na szczęście mój tato pomyślał i zrobił mi herbatę w termosie. Rano schodząc na śniadanie, czułam się fatalnie. Nie było to dla mnie z resztą nic nadzwyczajnego, bo kilka razy byłam odwodniona i wiem, co oznacza osłabienie organizmu. Zaraz mam umówioną wizytę u lekarza, mam nadzieję, że przepisze mi jakieś leki, które szybko postawią mnie na nogi. Nie narzekałabym również na jakąś kroplówkę, człowiek czuje się po tym jak nowo narodzony! Ten tydzień jest dla mnie ważny, ponieważ muszę się dowiedzieć kilku ważnych rzeczy głównie związanych z muzyką, a poza tym nie chce mi się już siedzieć w domu. To strasznie męczące, kręgosłup mnie już od tego leżenia boli ;o

Liz.

Ps.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy w notce, starałam się, ale niestety wszystko mi się dwoi i nie mam na nic siły. 

niedziela, 5 lutego 2012

It's difficult. Es ist schwierig.

Przepraszam, że tak dawno się nie odzywałam. Może Wam już wspominałam albo i nie, ale moi rodzice chcą się wyprowadzić do Niemiec. Z racji tego, iż jestem obecnie w 2 klasie gim., chcą, abym skończyła spokojnie obecną szkołę i w tym czasie intensywnie zaczęła uczyć się języka (jeszcze nie wiem, czy szkolić się bardziej w zakresie angielskiego, z którym jestem bardziej oswojona i wgl., bo uczę się go od kilku lat, czy niemiecki, którego uczę się od początku gimnazjum i nie jestem z nim tak obeznana). Niemniej jednak nie zmienia to faktu, iż nie wiem czy chcę się wyprowadzać. Z jednej strony fajnie, nowy język, nowi ludzie, nowa kultura, nowe wszystko, ale z drugiej znajomi, rodzina, wspomnienia, kilkanaście lat życia... Jeśli bardzo bym się uparła to mogłabym zostać w PL. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić. Tęskniłabym za moimi wspaniałymi przyjaciółmi, naszą muzyką, moim miasteczkiem. Boję się, że jadąc tam nie poradzę sobie z językiem, że nie znajdę tam nowych znajomych, że nie będę miała jak, gdzie i z kim obcować z muzyką, że nie będę umiała się zaaklimatyzować, że to będzie dla mnie jak przestrojenie gitary o sekundę w górę (nie wiem, czy moje porównania są na miejscu, ale zawsze coś mi się skojarzy z muzyką, wybaczcie). Moi rodzice dostali propozycję pracy, dobrze płatnej, gdzieś na północy Niemiec, chyba w Hamburgu albo w jego okolicach. Z racji tego, że mój tata od kilku lat wyjeżdża tam do pracy zna język, ma tam kilku znajomych. Gdy patrzy się na to wszystko "z zewnątrz" może się wydawać, że to jest łatwa decyzja. Ja nigdy się nie spodziewałam, że moi rodzice mogą wpaść na taki pomysł, więc nigdy jakoś specjalnie nad tym nie rozmyślałam. Byłam kilka razy w Niemczech, wydaje mi się, że nie jest źle. Zawsze myślałam sobie: 'wszystko byleby się wyrwać z tego zadupia, gdyby ktoś mi zaproponował wyjazd za granicę, zgodziłabym się'. Było tak dopóki nie zaczęło to dotyczyć bezpośrednio mojej osoby. Teraz wiem, że jest to bardzo trudna decyzja. Na szczęście (lub nie) mam jeszcze trochę czasu do namyślenia i wkrótce będę musiała się określić. Mam jednak wiele obaw. Chodzi mi głównie o szkołę, bo nie wiem jak będzie z językiem, bo angielski jako tako rozumiem, ale z niemieckim jest większy problem. Nie wiem, czy będę chodziła do szkoły polskiej (tam się mówi po Polsku?), czy takiej zwykłej. Jeśli macie jakieś informacje na ten temat (własne doświadczenie, filmiki na youtube etc.) to bardzo proszę o podanie linka, czy krótki opis najważniejszych wiadomości w komentarzu, będę bardzo wdzięczna! :)

Liz.

Ps.
Macie jakieś pomysły, o czym mogę napisać kolejną notkę? Naprawdę mam straszną pustkę w głowie. Może chcecie, żebym poruszyła tutaj jakiś temat/y ? :)

piątek, 27 stycznia 2012

I came back :)

Przepraszam, że nie było mnie tutaj przez jakiś czas. Niestety, na początku miałam problemy z komputerem, a później wyjechałam z rodziną na narty. Wiadomo - ferie, które niestety dla mnie już się kończą :( Ile ja bym dała, aby chociaż tydzień pozostać w domu.


W poniedziałek byłam w Poznaniu na nowym filmie Agnieszki Holland pt. "W ciemności". Myślę, że zasłużył sobie na Oskara, chociaż prawdę mówiąc, sama nominacja jest już wielkim sukcesem. Cały czas film trzymał w napięciu (tylko siedzący koło mnie dziadek kaszlący flegmą mnie w pewnym momencie rozśmieszył). Po wyjściu z sali miałam ciarki na plecach, a dzieje się u mnie tak tylko wtedy, gdy "coś" na to sobie na prawdę 'zasłużyło'. Nie mam słów, po prostu coś pięknego, oglądałam wiele filmów tego rodzaju, ale myślę, że z nich wszystkich ten jest najlepszy. Nie umiem się do tego wszystkiego ustosunkować.


Przykro mi, ale nie mam pomysłów na notki. Może macie do mnie jakieś pytania, może chcecie, abym wypowiedziała się na jakiś temat i powiedziała, co o tym sądzę, może macie jakiś pomysł na jaki temat mogę napisać notkę? Jeśli coś Wam przyjdzie do głowy, to bardzo proszę pisać pod tą notką i kolejnymi swoje propozycję. Będę bardzo wdzięczna :))




Liz.

sobota, 14 stycznia 2012

Semi.

Może zauważyliście, że jestem wielbicielką zwierząt i ekologii. Jestem semiwegetarianką. Wiem, że to jest niesłusznie uważane, za rodzaj wegetarianizmu, bo nie można być pół wege, jednakże zmierzam do tego, aby nim zostać w 100%. Niestety moi rodzice są na tyle uparci, że nakazują mi jeść chociaż drobne przetwory mięsne. Zgodziłam się na jedzenie tylko ryb i drobiu. Nawet znajoma siostra zakonna była zdziwiona moimi poglądami. Wyjaśniłam jej, że nie toleruję tego, w jaki sposób zwierzęta zostają zabijane. Uważam, że nawet świnia ma prawo do życia, tak jak i ja. Ludzie nie wyobrażają sobie zjeść psa, ja nie wyobrażam sobie zjeść nawet krowy. Tłumaczyła mi, że Bóg stworzył zwierzęta, po to, aby służyły człowiekowi itp, Dobrze, mogłabym to zaakceptować, gdyby nie to, że one cierpią. Bardzo cierpią. Mało kto się tym interesuje. Mało kto wie, że duża część kurczaków, gdy "idzie pod nóż" jest przytomna. Jajka też staram się ograniczyć do minimum. Nie chcę być weganem. Chodzi mi głównie o niehumanitarne życie i niegodną śmierć tych istot. Jeśli chodzi o polowania to jestem im przeciwna tylko w pewnym stopniu. Jeżeli zwierzyny jest za dużo i mogą z tego powodu cierpieć, ok można zabić, ale w taki sposób, aby ono nie cierpiało! Dużo osób uważa, że świata przez to nie zbawię, że na silę próbuję uratować część zwierząt. Mój tato wielokrotnie powtarza, że o zwierzęta trzeba dbać, ale jego zdaniem lepiej wydać pieniądze na chore dziecko. Trochę racji ma, jednakże to mnie nie przekonuje. Nadal będę działać w kierunku ratowania zwierząt i nic tego nie zmieni. Gdy wyjadę z mojego miasta, mam zamiar zatrudnić się w wolontariacie w schronisku lub zoo etc. Pomyślicie sobie, "A rośliny? Przecież one też żyją", dobra żyją, ale spójrzcie na to. Chodzisz po trawniku, nic się z nim nie dzieje, zregeneruje się, a gdy nadepniesz na zwierze? Będzie to dla niego bolesne. No właśnie, zwierzęta mają mózg, mają jakąś tam świadomość tego co się dzieje, roślina nie. Staram się nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach, nie toleruję prawdziwej skóry i futer.Zwierzęta nie mają praw, ale mają w jakimś stopniu umysł i świadomość. Możecie się ze mną zgadzać lub nie, ale ja mam swoje poglądy i nie zamierzam ich zmieniać! Dążę do tego, aby jak najbardziej zminimalizować mięso w mojej diecie. A Wy co o tym sądzicie? :)




wtorek, 10 stycznia 2012

Bad - worse - the worst ?

Czasami jest taki dzień, gdy już budząc się wiemy, że coś pójdzie nie po naszej myśli. Nie mamy ochoty wstawać z łóżka, aby nie pogorszyć swojej sytuacji. Tak było wczoraj. Tylko otworzyłam oczy i już wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Nie chodzi tutaj o mojego przyjaciela, bo z nim jest już lepiej. Tutaj chodzi o mnie. W szkole było wszystko w zadziwiającym porządku. Przyszłam do domu, usiadłam przy komputerze i weszłam na wszystkie strony, które zazwyczaj odwiedzam. Na facebooku zobaczyłam komunikat "... zmienił status  z "wolny" na "w związku", zamarłam. Od tego momentu nie ruszam się z pokoju. Oczywiście musiałam iść dzisiaj do szkoły, bo mama nawet nie chciała słyszeć, że zostanę w domu. Wczorajszy i dzisiejszy dzień przesiedziałam samotnie w pokoju. Wyłączyłam telefon, nie wchodzę na gg, facebook itp. Nie chcę mieć kontaktu z nikim. Cisza i spokój, to jest to, czego dzisiaj najbardziej potrzebuję. Cały czas się wypierałam, że nic nie czuję, że z mojej strony to nic szczególnego, ale ta wiadomość zadała mi głęboki ból. Miało tak nie być. Miało nie być jakiś szczeniackich zauroczeń. Wiem, w tym momencie przeczę sama sobie. Kiedyś pisałam, że dla mnie takie coś się nie liczy, młodzieńcze miłości to głupia rutyna!
 Poduszka mokra od łez i miliony pytań, jedno główne, zadawane najczęściej: dlaczego?! Żyłam w niepewności, czy on może też coś czuje. Niestety już wiem na czym stoję. W sumie to już nie stoję, ale ta niepewność była dużo lepsza niż prawda. Racja, czasami ludzie wolą nie znać prawdy, a może nawet lepiej jest jej nie znać... . 


piosenka.













piątek, 6 stycznia 2012

Life or death? Search help!

Jak pocieszyć człowieka zdesperowanego do tego stopnia, że jest w stanie porzucić najpiękniejszy dar, jaki kiedykolwiek został dany przez Boga? Zaledwie kilka miesięcy, wydarzeń wzbudziło ogromną niechęć do siebie samego i do całego świata. Jak pomóc osobie, która chodzi z żyletką w kieszeni? Która pod poduszką chowa tabletki usypiające? Która ciągle mówi o śmierci i nie może znieść życia. Wszystko jest do przezwyciężenia. Czasami wydaje Ci się, że jesteś w stanie pomóc wszystkim nawet w najtrudniejszych chwilach. Masz rację, wydaje Ci się, bo nie jesteśmy w stanie uszczęśliwić całego świata. Bezsilność dopada nas z zaskoczenia. Myślimy, że zawsze znajdzie się jakiś pretekst, aby wybić komuś śmierć z głowy. Niestety, nie zawsze to pomaga. Czasami dopada nas ogromy smutek i złość. Zawsze mamy sobie coś do zarzucenia. Jeżeli samemu nie dajesz sobie rady, szukaj pomocy. Nigdy się nie poddawaj, nawet, gdy myślisz, że już gorzej być nie może.
Tak. Piszę tutaj o konkretnej osobie. Wczoraj wieczorem mój przyjaciel próbował popełnić samobójstwo. Łyknął jakieś prochy. Na szczęście jego siostra w porę weszła do pokoju i po jakimś czasie był już w szpitalu. Czuję się winna. Niestety nie tylko ja. Mówił nam już o tym kilka razy, jednakże zawsze udawało nam się jakoś go odsunąć od tej myśli. Byliśmy przekonani, że tak będzie i tym razem. O co chodzi? Stracił 'miłość swojego życia'. Jego dziewczyna jakiś czas temu zginęła w wypadku samochodowym. Był załamany. Bardzo się kochali, wyglądali na bardzo szczęśliwą parę. Wszyscy żartowali sobie, że zostaną ze sobą do końca życia i nie będą mogli spróbować żyć z kimś innym. Chyba wziął sobie to do serca. Całe szczęście lekarzom udało się go uratować. Byłam już dzisiaj dowiedzieć się czegoś w szpitalu, jednakże nie chciano mnie do niego wpuścić. Dowiedziałam się tylko od jego ojca, że w ostatniej chwili trafił do szpitala i teraz ma się już lepiej. Będzie pod opieką psychologa. To straszne. Kilka minut zwłoki i mogłoby już go nie być. Nie mogę się załamywać. Musze mu pokazać, że jestem z nim i pomogę mu. Dam z siebie wszystko i razem z tego wyjdziemy. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie łatwo, ale nie poddam się. Przyjaźnimy się już kilka lat i znam go bardzo dobrze. Wiem, że zawsze walczył o swoje, nigdy się nie poddawał, był człowiekiem niemalże idealnym pod względem 'waleczności' i wytrwałości. Zawsze to ja potrzebowałam od niego pomocy. Zawsze to ja prosiłam go o wsparcie. Teraz czas się zrewanżować. Kocham go jak brata i będę walczyć o jego szczęście. Śmierć to nie jest wyjście. Samobójstwo to tchórzostwo, a nie ucieczka od wszystkiego. Nie rozwiążemy w ten sposób żadnych problemów. Wręcz przeciwnie. Porzucone i nieogarnięte zostaną tutaj i już nigdy nie dowiemy się prawdy. Jest mi strasznie trudno w tej sytuacji. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Mam wsparcie w rodzicach, którzy pomogą mi być silną. Możliwe, że nie wiedzą, co teraz oboje przechodzimy, ale starają się nas zrozumieć. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Zdaję sobie sprawę, że nie stanie się to w tydzień, czy miesiąc. Jestem gotowa na poświęcenie i nawet wieloletnie wsparcie. Nigdy go nie opuszczę. Będę zawsze przy nim, aby nigdy nie czuł się samotny...


Za jakiś czas może napiszę, jak się sprawy mają. Narazie nie pozostaje nam nic innego, jak wiara i nadzieja, na lepsze jutro. Pamiętajcie, że śmierć nie jest wyjściem. Zawsze będzie ktoś , kto Wam pomoże. Nie zapominajcie o tym. Dobranoc.


Liz.